powiedz temu kogo spotkasz, że nie ma końca ta historia

2010-01-12 – 14:46

Są blogi ciekawsze. Bardziej o podróżowaniu. Z lepszymi zdjęciami. Są blogi “profesjonalne”, pełne praktycznych informacji. Są blogi gdzie autorzy nie przeklinają, nie wylewają swoich smutków, żalów i przemyśleń. Są nawet blogi, których autorom nie wypadają włosy!!! Jest masa takich blogów. Czytam kilka, zaglądam na dziesiątki. A próba wyłonienia najlepszego, cóż moim zdaniem się nie da. To bardziej plebiscyt, który blog trafia do największej liczby odbiorców. Kto najczęściej uaktualnia, kto jest “najatrakcyjniejszy”. A ja lubię nic nie musieć. A ja lubię wrzucać to co lubię. A ja lubię swoją niszę, swój kawałek internetu. A ja nie lubię feedbacku, bo ma być po mojemu, a nie po twojemu. Bo to jest mój blog. Szalalala.

Ale znowu to zrobiłem, zgłosiłem bloga do Konkursu Blog Roku 2009. Żeby się podlinkować głównie. Oblukajcie kategorię Podróże i szeroki świat. Ludzie robią naprawdę niesamowite rzeczy. Lektura niektórych z tych blogów zastępuje mi książki na tym moim wygnaniu w Boliwii. Może i Wy znajdziecie coś dla siebie.

A jeśli już naprawdę musisz zagłosować, bo lubisz konkursy, to wyślij SMS o treści D00119 (de-zero-zero-ajnc-ajnc-noin) na numer 7144. Koszt SMS, to 1,22 zł brutto. Z jednego telefonu tylko raz można. Głosowanie trwa od teraz do 21.01.2010 do 12:00. Zysk podobno idzie na coś charytatywnego. Ale lepiej, zaoszczędź, odwiedź mnie w La Paz i kup mi piwo. Tyle w tym temacie.

[Update: głosowanie zakończone, znowu nie wygrałem, oh well, czas bardziej okopać się w mojej niszy]


[foto by Gabicha]

PS. Żartowałem, chcę wygrać tego laptopa za 2950 zł netto, głosujcie na mnie, kurwa, a mój blog i tak jest najlepszy.

there’s nothing you can say but you can learn how to play the game

2010-01-12 – 00:05

Nie wierzcie temu, kto wam mówi, że daleka wspólna podróż to najlepszy sposób na poznanie partnera. To stąpanie po rozżarzonych węgłach, to przeprawa przez las pełen pokrzyw, to wizyta w pełnym duchów Tesco o trzeciej w nocy.

Od czterech lat żyję na walizkach. Przyzwyczajony do bezmyślnego gapienia się godzinami przez okno. Przyzwyczajony do faktu, że nikt nigdy nie czeka na dworcu, czy lotnisku. Przyzwyczajony do suchego chleba i jogurtu, gdy nie ma czasu na śniadanie. Przyzwyczajony do tego stresu ściśniętego żołądka, gdy wysiadam z plecakiem na jakimś obcym dworcu i muszę sobie poradzić. Zawsze sam, nie dając po sobie poznać, że trochę się tego wszystkiego boję. Oswojony z tym stanem, zamyśleniem.

A tu ciach, zburzony balans, jesteś z kimś niemal 24h na dobę. Dziesiątki godzin w autobusach, taksówkach, na ulicach, restauracjach, w hotelowych pokojach. I wszystko staje na głowie, cała ta wypracowana przez lata w drodze rutyna. Decyzje, kiedyś podejmowane w sekundę we własnej głowie teraz często trzeba przedyskutować… I zamiast ciasteczek do autobusu – chipsy i owoce, zamiast piwka na tarasie, piwko z doritos i guacamole. Więc nie da rady, żeby coś nie wybuchło. No bo jakto tak?

I myli się ten, kto myśli, że taka podróż jest romantyczna, że to tylko trzymanie się za rączki, spacery po plaży i zachody słońca. O nie. To nieprzespane noce, gdy męczy cię zatrucie pokarmowe (wraz z dźwiękami i zapachami dobiegającymi z łazienki), to gonitwy za komarami, przegrane z nimi wojny i puchnące ślady po ugryzieniach, to jeansy z subtelnym zapaszkiem zajeżdżającego rybką oceanu.

Ale to też zupełnie inne spojrzenie na nowe, nieznane. Wspólne odkrywanie smaków, miejsc i ludzi, pokazywanie palcem rzeczy, których sam bym nie zauważył (albo po prostu zignorował).

Nowy stan. A ja tak boję się nowego. Ale pojechaliśmy i wróciliśmy, i się nie pozabijaliśmy. Więc chyba było dobrze. A czasem wyśmienicie.

jestem stąd, czuję to podwórko i klimaty znam na pamięć

2010-01-08 – 06:51

[Warszawa, Poland (2006); La Paz, Boliwia (2010)]

Był rok 2006. Siedzę sobie z Naleśnikiem na piwku w Kafefajce w pawilonach przy Nowym Świecie (albo w którejś innej spelunie w tamtej okolicy). Chillout. Przychodzą nowi ludzie. Nagle jakiś koleś zaczyna opowiadać historię o tym jak był w Tanzanii i w ogóle, jak po suahili gadał. Jakiś podróżnik albo ściemniacz czyli. “Opowiedz jak było w Iranie i Iraku, Szymon” – rzuca Naleśnik. “Etam, nie chce mi się gadać” – odpowiedziałem. Knajpa ma warunki na tylko jednego kolesia z historiami. Poza tym to z obcymi nie gadam.

Powoli staję się Polakiem z La Paz. Ludzie odzywają się, jak przejeżdżają, spotykamy się, obiad, piwko. Przejeżdża też Confusão. “Bo wiesz, ja nie tylko jeżdżę, ja też generalnie robię reportaże” (napisał mi w jakimś mailu wcześniej). Spoko koleś, dobry chłopak, jak ty albo ja. Więc poszliśmy do jakiejś speluny na piwko wczoraj, na jedzenie i piwko dzisiaj. I w czasie konsumpcji boliwijskich specjałów zaczęliśmy opowiadać historie. I znowu słyszę historię o Tanzanii. Tę samą. Ten sam koleś. 4 lata później. Tym razem przy tym samym stoliku. W La Paz w Boliwii.

bo Dzieciątko Jezus to też podróżnik

2009-12-24 – 21:10

[Cuenca, Ecuador]

nino viajero, cuenca, ecuador

W tym roku z miasta Cuenca w Ekwadorze, gdzie w wigilię Bożego Narodzenia na ulicach dzieją się rzeczy niesamowite. Konie obwieszone podarkami dla Jezusa, ciężarówki wyładowane aniołami, dzieci przebrane za postaci biblijne a także w tradycyjne stroje. No i samo Dzieciątko Jezus jako podróżnik. Tańce, radość, celebracja. Wzruszenie.

Wzruszenia i Wam życzę, wśród kolęd i opłatków, choinki i prezentów.

rozpieprz ostatnie grosze by zabawić się nad morzem

2009-12-20 – 21:24

[Puerto Lopez, Ecuador]

3 dni w autobusach.

Na granicy w Desaguadero miedzy Boliwia i Peru kradna Jackowi maly plecak. Poszly sobie karty, obiektyw, prawo jazdy, dowod osobisty, ladowarka do iPhona, spiwor. Chwila nieuwagi i dalismy sie zrobic jak glupi gringo. W sumie wiecej klopotu niz realnych strat. Coz, lekcja nauczona, szczegolnie dla Jacka. Z okazji kradziezy zatrzymujemy sie na jedna noc w Puno i organizujemy sie (telefony do bankow, przelewy, cash na droge). Zegnamy sie z Jackiem.

Potem przez kilka godzin. W sam raz zeby zjesc lunch i posc na targowisko z ciuchami. Szok, zapomnalem jak to jest mieszkac w cywilizowanym kraju gdzie w jednym miejscu ma sie do wyboru 20000 modeli butow.

Jedna noc w Guayaquil, najwieksze miasto w Ekwadorze. Przyjezdzamy poznym wieczorem. Znajdujemy tani hostel, ktory zawzwyczaj chyba pelni role pokojow na godziny. Pierwszy zaprezentowany pokoj ma na scianie fotke baby w bikini, a smierdzi tak jakby ciala kotlowaly sie w nim jeszcze przed chwila. Bierzemy inny, z oknem. 10 USD za noc. No wlasnie, bo tu waluta jest dolar. Dziwnie mi z tym.

Potem trafiamy do Montañity w Ekwadorze, reklamowanej jako raj dla surferow. Jedna noc w domku, ale smierdzial dziwnie i byl wietrzny. Przenosimy sie do hotelu na koncu plazy. Z dala od tlumu gringo. Ceny jak w Europie.

Z Montañity uciekamy do Ayampe. Dziura na wybrzezu. Plaza kamienista, ogromna. Pod spozywczym pijaczki pija piwo. Juz lepiej.

Dzis wybralismy sie do Puerto Lopez. Miasteczko rybackie. W koncu porzadnie przypieka slonce. Robie zdjecia rybakom, zbieramy muszelki.

ogródek warzywny

2009-12-11 – 04:46

[La Paz, Bolivia]

Wszystkie znaki na niebie i ziemii wskazują na to, że jutro wyruszę w podróż w kierunku Ekwadoru. Z poślizgiem spowodowanym oblanym i poprawianym przez Gabichę egzaminem (którego rezultatu wciąż nie jesteśmy pewni), bez planu i rezerwacji, nawet bez wybranego miejsca do którego mamy dotrzeć. Dla niej to pierwszy raz w ten sposób, dla mnie to pierwszy raz tak daleko i długo “z babeczką”. Bez laptopa i wielkiego aparatu. Relaks panie, relaks ma być. Wracam po nowym roku.

warzyniak

bo na dzień bez ruska wszystko musi być na mieście git kokardka na ratuszu fajerweków w dupę burmistrza

2009-12-07 – 07:04

elections, bolivia, headlines

Tłum zaczął zbierać się przed Palacio de Gobierno w jednym z państw Ameryki Południowej. Coraz pewniejszym było, że wybory wygra dotychczasowy prezydent, wywodzący się z ludności indiańskiej, kumpel Chaveza i plantatorów koki. Co prawda 5 prowincji powiedziało prezydentowi “nie”, ale co tam, i tak dostał ponad 60% głosów, i także tyle miejsc w parlamencie, więc od teraz będzie miał władzę niemal absolutną… Tłum gęstniał z minuty na minutę… Błyskały flash’e, przejeżdżały jeepy z zagranicznymi obserwatorami…

elections, la paz, bolivia

A tymczasem w innej części La Paz… pewna rodzina, wraz z towarzyszącymi jej gośćmi, postanowili spędzić te popołudnie przygotowując huminty.

humintas, bolivia

a jutro znów idziemy na całość, za to wszystko co się dawno nie udało, za dziewczyny, które kiedyś nas nie chciały, za marzenia, które w chmurach się rozwiały, za kolegów, których jeszcze paru nam zostało

2009-12-07 – 00:56

Skrzyżowały się moje drogi z Magdą i Przemkiem. Ciekawe doświadczenie, wirtualni znajomi, których ścieżkę śledzisz od wielu miesięcy nagle materializują się. I masz szansę porównąć autokreację z rzeczywistością, wirtualny charakter wyczytany spomiędzy tego co i jak chcą przekazać światu, kontra możliwość zasiedzenia przy jednym stole i zjedzenia kolacji w jednej z restauracji La Paz. Oczywiście Negrita też tam była.

la paz, xmas tree

Jak to jest wrócić do rutyny? Jak to jest znowu pracować?

Do rutyny? Każdy dzień jest nową przygodą. Pracować w firmie z 30 Boliwijczykami. Mieszkać z Niemką, jej chłopakiem Boliwijczykiem, Francuzką, Kolumbijczykiem. Chodzić z Gabichą na lunch’e do jej babci. Jestem daleko od rutyny.

Jak to jest mieszkać tutaj? Dlaczego nie na przykład w Azji? Jak bardzo można wtopić się w tę rzeczywistość? Przecież zawsze będziesz tu gringo.

Bo ja lubię Boliwię. Uwielbiam tę izolację od reszty świata (sprzyja temu położenie geograficzne). Uwielbiam, że zmiany tu zachodzą powoli. Że nie dotarł tu jeszcze ten bezwzględny kapitalizm. Że na ulicach widzisz co chwilę ludzi w tradycyjnych strojach, którzy nie chcą zamienić ich na najki i levisy. Że kraj jest tak bardzo wewnętrznie zróżnicowany kulturowo. Że każdy region, ba, niemal każda wioska, to inne stroje. Że języki Aymara i Keczua są wciąż silne. A ja w tym wszystkim jestem tylko “another kind of different”. I nikt nie zwraca na mnie jakoś szczególnie uwagi, nie gapi się, nie zaczepia. Dla wielu ludzi z miasta jestem porównywalnie egzotyczny jak cholity w kapeluszach i spódnicach. Dla cholit jestem porównywalnie egzotyczny jak dzieciaki z miasta w modnych ciuchach. Bo tu to wszystko się przeplata i przenika.

living room

Zacząłem wakacje. Życzyłem wesołych świąt i szczęśliwego nowego roku. Ustawiłem out-of-office. I wyszedłem ze świadomością, że wracam dopiero za miesiąc. Niebywałe uczucie.

on my way, bolivia