popatrz na wspaniałe autostrady na drogi na których nie znajdziesz wybojów
2009-10-22 – 18:36[Desaguadero-Puno, Perú]
if you don't know where you're going any road will take you there
[Desaguadero-Puno, Perú]
[Isla del Sol, Titikaka, Bolivia]
Ciąg dalszy przygód z wyprawy na Wyspę Słońca.
Kolejne dwa dni upłynęły nam na spacerach po wyspie. Miejscowi nieźle się zorganizowali jeśli chodzi o turystykę. Zbudowali m.in. autostradę północ-południe i ustawili budki, gdzie pobierane są opłaty za korzystanie. Autostrada jest oczywiście piesza, bo na wyspie nie ma samochodów ani motocykli. Jednak prawdziwy geniusz mieszkańców polega na tym, że ta turystyczna autostrada łączy turystyczną wioskę na południu wyspy (tam zatrzymuje się 90% przybywających gringo) z ruinami na północy (tam gringo się udają), omijając małe wioski na wybrzeżach wyspy. Ba, wiosek tych nawet z autostrady nie widać.
Na szczęście my z Karimem lubimy chodzić swoimi ścieżkami, więc dotarliśmy też do tych wiosek mniejszych, gdzie rybacy wracają z połowów, gdzie dziewczynki w kolorowych spódnicach (takich jak ich mamy) chodzą do szkoły.
Obserwujemy jak przypływają wyładowane kamieniami łodzie. Mieszkańcy wioski biorą się za rozładunek małych i wielkich głazów. Pomagają wszyscy, młodzi i starzy. Głazy mają być przeznaczone na budowę gimnazjum. Bo tak to tutaj działa, ludzie pracują jeden dzień w tygodniu na rzecz społeczności. Nie ma podatków, marnotrawiącego kasę rządu, są małe społeczności i praca dla wspólnego dobra.
Na jednym ze wzgórz na ktoś ułożył z kamieni napis “Gracias Dios!”. Bo tak czujesz się będąc gościem w tym pięknym, magicznym miejscu. Trochę bliżej raju, trochę bliżej nieba.
[La Paz, Bolivia]
Protesty górników z Cerro Negro w centrum La Paz, 19-10-2009. Więcej informacji tutaj. Cóż, za ironia losu, że ten “zły” nazywa się “Killman”.
Jak to się dzieje, że mimo, że pracujecie pod ziemią 12h dziennie, to tyle w was radości, optymizmu, uśmiechu.
Ostatnio doszło do mnie, że jednak tęsknię.
Tęsknię za koncertem Kultu, Pidżamy albo nawet T.Love’u. Za tłumem śpiewającym te proste piosenki, które jednak tyle znaczą.
Tęsknię za Świętami, których może nie spędzę w domu. Za dziadkiem w starym garniturze, dziećmi coraz większymi co roku. Za magiczną pasterką, na którą się idzie przez śnieg i mróz.
Tęsknię za Empikiem pełnym książek, gdzie można spędzić godzinę, żeby sobie czegoś poszukać albo nawet bez chęci kupienia, pobyć wsród tej magicznej siły takiej ilości książek.
Tęsknię za Jesionową, gdzie zawsze było tyle ciepła. Za pokręcaniem kaloryferów w zimie i dogrzewaniem się piecykami olejowymi, a wszystko po to, by ta stara kamiennica ogrzała stale zmieniającą się paczkę wesołych domowników. I za misiem na pięterku.
Tęsknię za znajomymi, wszystkimi, ale tymi z Polski jakoś bardziej. Za szalonymi akcjami w SKMkach, ZTMie, metrze. Bo każda z nimi wyprawa na miasto zawsze była przygodą pomimo szarych domów wokół i pogody do bani.
Tęsknię za dziećmi znajomych, które szybko rosną, a których ja nawet nie miałem okazji zobaczyć. Tęsknię za żonami kolegów w ciąży, to musi być piękne co przeżywacie, a ja nawet tego nie widzę.
Tęsknię za trawą, taką Polską, na której na Polach Mokotowskich można latem usiąść. Bo taka trawa to naprawdę rzadkość, mówię wam, byłem na świecie i takiej trawy to tam nie mają.
Tęsknię za bulwarem, Kamienną Górą, za tym miejscem na betonowym końcu Skweru Kościuszki (chyba nie ma młodego gdynianina, który się tam nie całował), za Kontrastem. Za plażą latem i piwkiem kupionym na Świętojańskiej. I piaskiem i swetrem zakładanym po zachodzie słońca. Za wypadami na imprezki do Sopotu albo nawet czasem do Gdańska.
Ale na szczęście.
Mogę posłuchać sobie Kultu, Pidżamy albo nawet T.Love’u przechadzając się wśród niesamowitych, pełnych bałaganu ulic La Paz.
Mogę obejrzeć sobie na laptopie Misia, Seksmisję, Rejs albo Hydrozagadkę.
Mogę pójść na koncert reggae po hiszpańsku, gdzie wokalista mówi “joł, joł, Santa Cruz, joł, joł, Bolivia”. I jest pięknie i jest śmiesznie, a ona tańczy obok.
Mogę pójść do sklepu do Seńory uśmiechniętej, która zawsze sympatycznie wita mnie “Hola joven!!!” i kupić te 4 albo 8 ulubionych cukierków i wodę dużą, niegazowaną.
Mogę pójść na rynek rano, kupić chleb, awokado (zamiast masła), ser, 3 pomidory i 3 chlebo-bułki. Przy okazji przysiąść się obok jakiejś baby w kapeluszu przy stoisku z sokami i zamówić “platano” albo “papaya con leche”.
Albo zamiast na rynek, to na salteńie, czyli na wypiekane pierożki wypełnione gęstą mięsną zupą. Pyszne na śniadanie. A ja zamawiam to z kawą z mlekiem, choć nie pasuje tu nikomu kawa do mięsa. Ale dla mnie to śniadanie, a jak śniadanie, to kawa, no nie?
Mogę pójść w weekend na lunch do włoskiej restauracji, na chwilę przenieść się smakowo do bardziej cywilizowanego świata.
Mogę napisać do Ciebie długiego maila. A potem iść do kafejki i go wysłać. To prawie jak list napisać i iść na pocztę wysłać. Tak się wtedy czuję. A jak dostanę odpowiedź. Tak pięknie się wtedy do Ciebie uśmiecham.
Mogę pojechać do Ciebie do domu na skarpie, gdzie widok z Twojego okna tak piękny na nocne La Paz. I tyle emocji… I film albo House’a albo How I Met Your Mother obejrzeć z angielskimi napisami na telewizorze na górze, gdzie rodzice i brat po schodach łażą.
Mogę wyskoczyć w weekend do Coroico, w 3 godziny krętą górską drogą zjechać do klimatu tropikalnego, gdzie soczysta zieleń i zawsze lato, nawet w środku zimy.
Mogę zatrzymać muzykę, zamknąć laptopa, założyć drugi polar, zamknąć drzwi na kłódkę i pójść schodami na dach hostelu, tam gdzie suszy się pranie i tam skąd widoki piękne na nocne La Paz.
I mogę pomarzyć o Tobie.
…czyli ćwiczenia z prób odwzorowania kolorów z plików RAW.
[Isla del Sol, Titikaka, Bolivia]
Tak zaczęła się wyprawa na Wyspę Słońca. Wsiadłem na łódkę o 13stej w Copacabanie. Zaraz, zaraz. Coś tu nie gra. Gringos. Ostatni raz tylu gringos na raz w jednym pojeździe mechanicznym widziałem chyba w turystycznym (żydowskim) autokarze mknącym przez pustkowia Patagonii w Argentynie. Na szczęście już po chwili zostaliśmy z Karimem przesadzeni do Business Klasy (zostaliśmy wyłonieni w drodze konkursu “która para pierwsza się zgłosi na hasło “dos personas en frente””). Do Biznes Klasy, czyli za barierki wprost na nadbudówkę łodzi. Zaraz też dosiadł się Argentyńczyk w wyczesanym kapelusiku wraz z kolegą. Argentyńczyk jako bagaż podręczny przyniósł siateczkę, która jak się potem okazało wypełniona była słodkim popcornem. Następnie Argentyńczycy zajęli się przygotowaniem i konsumpcją dżointa budząc zazdrość/uśmiech/brak reakcji/oburzenie/zdziwienie pasażerów Klasy Economy. Ale to przecież Boliwia, tu wolno wszystko. Zwłaszcza jak się pływa Business Klasą.
Podróż w biznes klasie umilał nam steward. Pracuje na łodzi od 5 lat. Ma kuzyna w Miami (Estados Unidos), ale w sumie to lubi pracować na tej łódce. Ale jeśli coś, to już lepiej do NY. Bardziej kosmopolitańskie miasto podobno. Poza tym mówi, że wie gdzie w okolicy hoduje się całkiem spore ilości marihuany. Niestety miał dla nas tylko chwilkę wprost proporcjonalną do czasu wypalenia fajeczki, więc więcej historii nie opowiedział.
A jak steward sobie poszedł, to już w końcu moglismy oddać się kontemplacji widoków i konsumpcji słodkiego popcornu.
Mogliśmy też z daleka zobaczyć flagowe osiągnięcie Boliwijskiego Urzędu Elektryfikacji Wysp, Wsi i Miasteczek – zelektryfikowaną wyspę o populacji ZERO mieszkańców.
Na szczęście ten przytłaczający tłum gringosów z łódki naszej (a także dwóch innych) po dotarciu na wyspę rozpierzchł się wśród lepszych i gorszych miejsc noclegowych na wyspie. Można było trochę odetchnąć rozkoszując się widokiem zielonych zboczy, gdzie co jakiś czas chata, taka z turystami, czy też po prostu z jakąś uprawiającą marchewki babulą. A w oddali niczym Indianie przyczajeni z łukami za krzakiem porzeczek spoglądały na nas godnie zaśnieżone szczyty Kordyliery Real.
Potem przyszła zwyczajowo pora konsumpcji. Na Wyspie del Sol wiele jest lokali serwujących między innymi “truczę”. Miejsca w tych lepszych należy rezerwować z dwumiesięcznym wyprzedzeniem (patrz zdjęcie poniżej)…
…a nawet 5-miesięcznym jeśli chce się stolik w cieniu drzewa.
Ponieważ nie mieliśmy rezerwacji, to udaliśmy się do tańszego miejsca, nie wymienionego w przewodniku Lonely Planet. W restauracji tej były tylko 3 stoliki: jedynka – w cieniu drzewa, dwójka – z parasolem, oraz nasza “ósemka”, bez niczego, tzw. “goła”.
Jednak widoki z “ósemki” były również niesamowite, a słoneczko świeciło godnie. A na pizzę i “truczę” czekaliśmy 1,5h. Ale jak już przyszły, to były wyśmienite.
A potem główną aleją, mijając piękne, pnące się w górę hostele, udaliśmy się już na spoczynek do naszej seńory, do naszego hospedaje.
I tak minął nam kolejny Boży dzień.
(c.d.n.)
PS. Komentarze chwilowo wróciły do łask Jaśnie Pana. Co nie znaczy, że nie są moderowane. SERDECZNIE ZAPRASZAM!
[Copacabana, Jezioro Titikaka, Bolivia]
(2009-08-12)
Jezioro Titikaka dla Indian Aymara było i jest miejscem magicznym. To tutaj miały narodzić się Słońce i Księżyc (dlatego na jeziorze są wyspy, które zowią się: Isla del Sol i Isla de la Luna). Do dziś jest ono miejscem wyjątkowym. Jak to zwykle bywa “pogańskie” wierzenia funkcjonują do dziś, tylko zostały wymieszane z chrześcijańskimi. Dlatego, gdy ktoś kupi nowy samochód, to przyjeżdża z rodziną i znajomymi, żeby ochrzcić go na brzegu jeziora. Samochód, niczym solenizanta, ubiera się w kwiaty, bo to w końcu jego dzień. Bo tu wierzy się, że rzeczy martwe, również mają swój charakter, swoją duszę. I kto wie co mogłoby się przytrafić, gdyby nie ochrzciło się nowego samochodu. A jak chrzest, to i piwko.
A na drugim zdjęciu figurka Matki Boskiej na spacerze z okazji jednej z wielu okazji. Spacer ten również jest dobrą okazją, żeby napić się piwka. To jedno z ostatnich zdjęć z moimi różowymi okularami, które zginęły gdzieś w otchłani Jeziora Titikaka. Podejrzewam, że to sprawka pewnej czarownicy z La Paz, która za tymi okularami nie przepadała, bo uważała, że są obciachowe. Cóż, długą drogę przebyły ze mną z Uyuni aż do Jeziora Titikaka. Wiele przygód, wiele uśmiechniętych spojrzeń, wiele przełamanych barier. Zdecydowanie były to magiczne szkiełka. Widocznie tak miało być. :)